O kręgach i Beneluksie

Każdy krąg był dumny ze swojej historii i okazywał pogardę niżej stojącym przez codzienne wylewanie nieczystości oraz takie wyrażenia jak “Siedem sobie" czy “Kochanie, nie poniżaj się". Każdy poziom był dobrze strzeżony przez przewieszone blanki, opatrzone w najdziwniejszych miejscach wtrętami i ozdóbkami - jak wersy wiersza. Każdy taki wtręt łączył się z sąsiednimi ciągami, tak więc łatwo zgadnąć, iż mieszkańcy zawsze spóźniali się na spotkania albo ginęli bez śladu.

Gdy trzej wędrowcy powoli zmierzali do pałacu Beneluksa Stewarda, obywatele Twodoru gapili się na nich przez chwilę, po czym natychmiast udawali się do swoich okulistów. Chochliki odpowiadały równie zdumionymi spojrzeniami mieszkańcom: ludziom, elfom, krasnoludom, upiorom i licznym republikanom.

- Na każdym konwencie spotyka się taką zbieraninę - wyjaśnił Goodgulf.

Powoli pokonali ostatni rząd ruchomych schodów i stanęli na pierwszym poziomie. Pepsi przetarł oczy na widok ogromnej budowli.

Budynek był zaprojektowany z rozmachem, z rozległy­mi trawnikami i przepysznymi ogrodami. Ścieżka pod stopami wędrowców była wyłożona alabastrem, a liczne fontanny szemrały jak banknoty. Przy drzwiach zostali dość nieuprzejmie poinformo­wani, że dentysty nie ma w domu i muszą - przyjść - jeszcze - raz - kiedy - stary - wróci. Ujrzeli tam zrujnowany pałac z najtwardszego masonitu, o ścia­nach błyszczących od warstw sreberka po czekoladzie i starych lamp rowerowych.

Nad drzwiami z okutej żelazem sklejki widniał napis STEWARD WYSZEDŁ. Poniżej następny oznajmiał WYSZEDŁ NA OBIAD, a jeszcze niżej kolejny informował, że POSZEDŁ NA RYBY. - Jeśli dobrze czytam te znaki, Beneluksa nie ma w domu - rzekł Moxie. - Sądzę, że to blef - powiedział Goodgulf, uparcie naciskając przycisk dzwonka - gdyż Stewardzi z Minas Troney zawsze cenili sobie prywatność.

Beneluks Cymbał, syn Elektroluksa Ku­twy, pochodzi z długiej linii Stewardów liczącej wiele stetryczałych pokoleń, Z dawien dawna władają Twodorem. Pierwszy Wielki Steward, Parafin Wślizek, był zatrudniony w kuchni króla Chloroplasta jako młodszy podkuchenny, kiedy władca zginął śmiercią tragiczną. Najwidoczniej upadł, wbijając sobie w plecy tuzin widelców. Jednocześnie prawowity dziedzic, jego syn Karoten, w tajemniczy sposób opuścił miasto, napomykając coś o spisku oraz stosie listów z pogróżkami pozostawianych na jego tacy ze śniadaniem. Wobec niejasnych okoliczności śmierci jego ojca wyglądało to dziwnie, więc Karotena podejrzewano o intryganctwo. Potem jego krewni zaczęli jeden po drugim umierać w zagadkowy sposób. Kilku znaleziono uduszonych ścierkami do naczyń, a paru umarło wskutek zatrucia pokarmowego. Jeszcze kilku znaleziono utopionych w wazach z zupą, a jeden został napadnięty przez nieznanych sprawców i zatłuczony brytfanką. Co najmniej trzech nabiło się plecami na widelce, zapewne w przy­pływie żalu za przedwcześnie zmarłym królem.

W końcu w Minas Troney nie został nikt, kto miałby prawo lub ochotę nosić przeklętą koronę i tron Twodoru czekał na chętnego. Kuchcik Parafin dzielnie przyjął ten zaszczyt; do czasu aż spadkobierca Karotena powróci, aby zażądać swego dziedzictwa, pokonać nieprzyjaciół Twodoru i zreorganizować usługi pocztowe.