Poznajemy uroczego Władcę Minas Troney
Poprowadził ich przez salę herbową, której kartonowe arkady i łuki gipsowych sklepień wznosiły się dobrą stopę nad ich głowami. Szczodrze powielane arrasy opisywały legendarne czyny króla. Pepsi szczególnie spodobał się ten z dawno zmarłym królem i kozicą, czego nie omieszkał powiedzieć. Goodgulf dał mu klapsa. Ściany lśniły od wmurowanych butelek po piwie i sztucznych kamieni, a zbroje z polerowanego aluminium rzucały jasne błyski na ręcznie kładzione linoleum pod nogami idących.
W końcu dotarli do sali tronowej ze słynnymi mozaikami z pluskiewek. Sądząc po jej wyglądzie, Królewska Sala Tronowa służyła jednocześnie jako Królewski Natrysk. Gwardzista zniknął i zastąpił go równie stary paź w brudnooliwkowej liberii. Uderzył w mosiężny gong i wychrypiał:
- Pokłońcie się i dygnijcie przed Beneluksem, Wielkim Stewardem Twodoru, prawdziwym regentem Zaginionego Króla, który pewnego dnia powróci - a przynajmniej tak powiadają.
Siwowłosy paź umknął za kotarę i jedna z zasłon załopotała. Wytoczył się zza niej wychudły starzec na rozklekotanym wózku ciągniętym przez zaprzęg ciężko dyszących szopów. Beneluks nosił frakowe spodnie, krótki czerwony kubraczek oraz muszkę na gumce. Na łysiejącej głowie miał szoferską czapkę z herbem Stewardów, dość ostentacyjną ozdobą wyobrażającą skrzydlatego jednorożca niosącego tacę śniadaniową. Moxie wyczuł wyraźny zapach czosnku.
Goodgulf głośno odchrząknął, bo Steward najwyraźniej był pogrążony we śnie.
- Najlepsze życzenia i przyjemnych wakacji - zaczął. - Jestem Goodgulf, Nadworny Czarodziej Koronowanych Głów Śródziemia Dolnego, Cudotwórca i Dyplomowany Chiromanta.
Stary Steward otworzył jedno ślepawe oko i z obrzydzeniem spojrzał na chochliki.
- C - co to za jedni? Na drzwiach jest napisane “żadnych zwierząt".
- To chochliki, mój panie, twoi mali, lecz godni zaufania sprzymierzeńcy z północy.
- K - każę straży rozłożyć kilka gazet - mruknął Steward i pomarszczona głowa ciężko opadła mu na piersi.
Goodgulf ehmknął i mówił dalej.
- Obawiam się, że przynoszę smutne i ponure wieści. Niegodziwe norki Sorheda zabiły twego ukochanego syna Bromosela, a teraz Pan Ciemności z jakichś, sobie tylko znanych powodów, chce odebrać ci życie i królestwo.
- Bromosel? - powtórzył Steward, podnosząc się na jednym łokciu.
- Twój ukochany syn - zachęcał go Goodgulf.
W zmęczonych starych oczach pojawił się błysk zrozumienia.
- Ach, on. Pisze tylko wtedy, kiedy potrzebuje p - pieniędzy. T - tak samo jak ten drugi. T - to s - smutne.
- Tak więc przybyliśmy wraz z armią jadącą kilka dni drogi za nami, aby zemścić się na Fordorze - wyjaśnił Goodgulf.
Steward ze złością machnął drżącą ręką.
- Fordor? N - nigdy o nim nie słyszałem. Ani o - o tym cz - cza - rodzieju. Audiencja skończona - rzekł Steward.
- Nie obrażaj Białego Czarodzieja - ostrzegł Goodgulf, wyciągając coś z kieszeni. - Albowiem wielka jest moja moc. Masz, wybierz jedną kartę. Jakąkolwiek.
Beneluks wyciągnął jedną z pięćdziesięciu dwóch siódemek kier i podarł ją na konfetti.
- : Audiencja skończona - powtórzył stanowczo.
- Głupi stary piernik - warknął Goodgulf nieco później, w ich pokoju w gospodzie. Już od godziny miotał się i złorzeczył.
- Co możemy zrobić, jeśli nam nie pomoże? - spytał Moxie. - Ten gość jest stuknięty jak łepek gwoździa.
Goodgulf pstryknął palcami, wpadając na chytry pomysł.
- Otóż to! - zachichotał. - Wszyscy wiedzą, że stary ma hysia.
- Tak samo jak jego kumple - trafnie zauważył Pepsi.
- Jest psychiczny - głośno rozmyślał Czarodziej. - Założę się, że ma manię samobójczą. Psychoza maniakalno - depresyjna. Kliniczny przypadek.
- Manię samobójczą? - powtórzył ze zdziwieniem Pepsi. - Skąd wiesz?
- Mam takie przeczucie - odparł w zadumie Goodgulf. - Po prostu przeczucie.