Przysłowia, ku pokrzepieniu serc
Mieszkańcy Twodoru wiedzieli, iż niebawem psy Sorheda zaczną obwąchiwać ich nogawki.
Moxie i Pepsi kręcili się niespokojnie w pałacowej poczekalni przed gabinetem Goodgulfa. Nogi zwisały im dobrą stopę nad pluszowym dywanem. Chociaż dumne ze swoich nowych mundurów (Goodgulf awansował obu do stopnia podpułkownika), chochliki rzadko widywały Czarodzieja, a pogłoski o nadciągających norkach budziły w nich niepokój.
- Czy możemy się z nim już zobaczyć? - skamlał Pepsi.
- Czekamy już kilka godzin! - dodał Moxie. Kształtna elfka - recepcjonistka obojętnie poprawiła naszyjnik na opiętej bluzeczce.
- Przykro mi - powiedziała ósmy raz tego ranka - ale czarodziej jest nadal na naradzie.
Zadzwonił dzwonek na biurku i zanim zdążyła zakryć rurę głosową, chochliki usłyszały głos Goodgulfa.
- Poszli już?
Elfka poczerwieniała, gdy chochliki śminęły obok niej i wpadły do gabinetu Goodgulfa. Tam zastały Czarodzieja z grubym cygarem w zębach i parą tlenionych sylfid siedzących na jego kościstych kolanach. Z rozdrażnieniem spojrzał na Pepsi i Moxie.
- Nie widzicie, że jestem zajęty? - warknął. - Mam posiedzenie. Bardzo ważne.
Spróbował wrócić do meritum sprawy.
- Nie tak szybko - rzekł Pepsi.
- Tak, właśnie - podkreślił Moxie, częstując się czarnym kawiorem z talerzyka na biurku Goodgulfa.
Czarodziej westchnął ze znużeniem i odprawił gestem obie sylfidy.
- No więc - westchnął z wymuszonym uśmiechem - co mogę dla was zrobić?
- Nie tyle, ile najwidoczniej zrobiłeś dla siebie - odparł kpiąco Moxie.
- Nie narzekam - odpowiedział Goodgulf. - Szczęście uśmiechnęło się do mnie. Poczęstujcie się moim obiadem.
Moxie już go skończył i właśnie przetrząsał szuflady biurka, szukając zapasów.
- Zaczynamy się niepokoić - rzekł Pepsi, opadając na kosztowny fotel obity skórą trolla. - W mieście krążą plotki o norkach i innych paskudnych bestiach nadciągających ze wschodu. Nad naszymi głowami zawisła czarna chmura, a ogłoszono dwudziesty czwarty stopień zasilania.
Goodgulf wydmuchnął grube kółko dymu.
- To nie są sprawy dla maluczkich - rzekł. - Ponadto podkradacie mi teksty.
- A ta czarna chmura? - spytał Pepsi.
- To tylko kilka świec dymnych, które umieściłem w Stukaczym Lesie. To zachęca obywateli do współpracy.
- A pogłoski o najeźdźcach? - nalegał Moxie.
- To proste - rzekł Goodgulf. - Sorhed na razie nie zaatakuje Minas Troney, a do tego czasu nasi towarzysze ściągną tu posiłki.
- A więc na razie nie ma niebezpieczeństwa? - odetchnął Pepsi.
- Wierzcie mi - powiedział Goodgulf, wypychając ich za drzwi. - Czarodzieje wiedzą o wielu sprawach.
Niespodziewany atak o świcie następnego dnia zaskoczył wszystkich w Minas Troney. Żadne z planowanych fortyfikacji nie zostały jeszcze ukończone, a większości robotników i materiałów zamówionych i opłaconych za pośrednictwem biura Goodgulfa nikt nigdy nie ujrzał na oczy. W nocy ogromna horda całkowicie otoczyła miasto, a jej czarne namioty pokryły zieloną murawę niczym stary strup. Wszędzie wokół miasta łopotały czarne flagi z Czerwonym Nosem Sorheda. Potem, gdy pierwsze promienie słońca dotknęły ziemi, czarna armia runęła na mury.
Setki norek, podnieconych ogromną ilością wypitych jaboli, rzuciło się do bram. Za nimi maszerowały kompanie trolli - renegatów i górskich pand, pieniąc się z nienawiści. Całe brygady psychotycznych upiorów i goblinów zawodziły przeraźliwie odrażający okrzyk wojenny. Za nimi maszerowały kijki golfowe z płaskimi i okrągłymi główkami, mogące za jednym morderczym zamachem wybić zastęp dzielnych Twodoriańczyków. Zza wzgórza wyłonił się krwiożerczy tłum maszynistek oraz cały zespół taneczny June Taylor. Widok zbyt okropny, aby go opisać.
Goodgulf, Moxie i Pepsi obserwowali to z murów. Chochliki były bardzo wystraszone.
- Jest ich tak wielu, a nas tak mało! - zawołał Pepsi, bardzo przestraszony.
- Dzielne serce starczy za dziesięciu - rzekł Goodgulf.
- Jest nas tak mało, a ich tak wielu! - krzyknął Moxie, przestraszony bardzo.
- Pilnowane mleko nigdy nie kipi; trzymajcie fason - zauważył Goodgulf. - Gdzie kucharek sześć, tam nie ma co jeść.